środa, 26 lutego 2014

Rozdział 2

Nikt by się nigdy nie spodziewał, że ta dwójka przyjaciół może się tak dobrze razem bawić.
Federico i Ludmiła znają się od najmłodszych lat. Razem się uczuli jeździć.
Ale zacznijmy od początku....
Lu zawsze myślała, że nigdy nikogo nie obdarzy uczuciem przyjaźni.
Jej serce wtedy było skute lodem. Zawsze marzyła o jednym :
Pójść w ślady ojca - znanego skoczka. On i jego koń komponowali się tak, jak w tej chwili Federico i Ludmiła.
Na skutek wypadku jej ojciec zmarł. Zmarł na jej oczach. To było potworne uczucie, Ludmiła miała wtedy zaledwie 11 lat. Dziennikarze robili jej zdjęcia, gdy była cała zalana łzami. Cieszyli się z tego, że mają co dać szefowi.
Ludmiła nie mogła im patrzeć w oczy.
Pewnego dnia, gdy szła po parku, dziennikarze z mediów i z gazet szli za nią. Lu w końcu wybuchła :
- Możecie mi dać święty spokój?! Tak, mój tata zmarł! Ale to nie powód, żeby mi zatruwać życie!
Myślicie, że jestem jakąś SMARKULĄ?! Jeszcze zobaczycie! Nauczę się jeździć i zobaczymy!! POMSZCZĘ MOJEGO OJCA!!!
Po tym Ludmiła uciekła do domu. Zaczęła wcielać swój w życie.
Jej matka nie chciała się zgodzić na początku, aby jej córka jeździła. Ale gdy zobaczyła iskierki nadzieji w oczach Ludmiły zrozumiała,  że musi się zgodzić.


Z kolei Federico wiódł wspaniałe życie.  Miał bogatych rodziców, wszystko co chciał.
Jednak pewnego dnia, jego ojciec dostał awans! Fede bardzo się cieszył, bo to oznaczało więcej  zabawek! Jednak nie wiedział, że to będzie oznaczało wyjazd do Argentyny!
Federico od zawsze pragnął się nauczyć jazdy konnej, jednak w Rzymie nie było warunków, a gdy przeprowadzili się na prowincję niedaleko Buenos Aires.
I tam właśnie poznał Ludmi.....

Federico przyszedł 3 godziny wcześniej, ponieważ chciał zobaczyć konie.
Przechadzający się po stajni Federico potknął się o małą Ludmi.
- Co ty wyprawiasz?! - krzynęła Ludmi.
- Ja tylko szedłem ciamajdo! - odwarknął chłopiec.
- Możesz mi nie przeszkadzać? - powiedziała już spokojniej.
Fede teraz zauważył , że dziewczynka sprząta stajnie.
- Och , już nie przeszkadzam sprzątaczce... - opowiedział z uśmiechem, po czym odszedł.
Ale po chwili usłyszał płacz. Zatrzymał się i odwrócił się na pięcie , po czym spojrzał na dziewczynkę.
Federico podszedł do dziewczynki, i podał jej chusteczkę.
- Pracuję tu, a wzamian za to mogę się uczyć konno - wyjaśniła.
- Rozumiem. - odpowiedział z uśmiechem.
Potem zaczęli rozmawiać. I od tego się zaczęło.



Leon z radością patrzył na swoją dziewczynę. Cieszył się niezmiernie z jej pomysłu!
- Chodź - Vilu złapała go za rękę.
Po chwili zaczęli tańczyć ,,wolnego" przy tym rozmawiając o jej wyjeździe.
- Twój tata wie? - zapytał.
- Nie...
- Powinnaś mu powiedzieć...
- Powiem przed wyjazdem.
Leon tylko pomachał głową. Uwielbiał w niej to, że jest taka stanowcza.
- A...... jak tam u.....K....Księcia - Dziewczyna powiedziała to z trudem. Chłopak zamarł. Przecież on....
- Violetta szybko! - Leon pociągnął ją za rękę.
- Leon, o co chodzi!? - Szatynka nie kryła przerażenia.
- Wyjaśnię w samochodzie do cholery!- krzyknął. Violetta nie była złą za to, że zaklął, bo wiedziała że to coś poważnego.
- Walizki masz w domu tak? - powiedział już spokojniej w aucie.
- Tttakkk.... - powiedziała.
Jechali przez chwilę w ciszy.
- Może mi łaskawie powiesz, co się dzieje?! - Violetta nie wytrzymała.
- Książe... on umiera Violetto.









Tadam! Tak się prezentuję rozdział 2 xDDDD
No więc..... To tyle :)
W następnym rozdziale poznacie Martinę ;)
Dam wam podpowiedź :x



                                               Elle <3





sobota, 28 grudnia 2013

Rozdział 2

Została godzina do Imprezy Violetty. Dziewczyna po cichu zakradła się do swojego pokoju. Wyciągnęła z szafy dwie niebieskie walizki. zaczęła wkładać tam ubrania, książki wszystko.
Potem poszła po swoją wcześniej kosmetyczkę. Była szczęśliwa, i gotowa. Wystarczyło tylko czekać na koniec imprezy, i razem z Leonem pojedzie na prowincje.






Diego nerwowo spoglądał na Rocky'ego. Chciał też jechać na urodziny Violetty, ale bał się zostawić konia  samego, bo jutro mają zawody klasy C.
Diego pochodził z dość bogatej rodziny. Jednak ukrywa to przed każdym, tylko Leon i Marco wiedzą, jaka jest prawda. Chłopak ukrywa to, bo nigdy nie lubił być rozpieszczanym. Udaję, że nie stać go na jazdę konną i jest stajennym, ponieważ zawsze wolał pomagać. A był już bardzo związany z końmi, i w ogóle z całym gospodarstwem.
- Diego, a ty nie idziesz? - Diego ujrzał Clari, dziewczynę, którą często uwodził.
- Z takim kimś to zawsze - pocałował ją namiętnie. Po chwili oderwali się od siebie.
- Diego...- Clari spojrzała na niego smętnie
- O co chodzi? - zapytał zaniepokojony.
- Bo ja cię tak kocham.... I nie chcę żeby ci się coś stało na jutrzejszym wyścigu... - Dziewczyna spuściła wzrok.
Diego tylko ją pocałował.


*Godzina później, restauracja ,,Armmanni".*

Szatynka po kolei witała się z każdym.
Aż w końcu wszedł ON.
Violetta od razu zruciła się mu na szyje.
- LEON! - Krzyknęła uradowana.
- Udusisz mnie !
Gdy się od niego oderwała,spojrzała na niego z uśmiechem.
- Leon, chodź na stronę... - Szatynka pociągnęła go za rękę.
Gdy się już oddalili, opowiedziała mu cały swój plan.
- Nie wiedziałem, że potrafisz tak kombinować.... - powiedział z głupią miną.








**********




No i tak się prezentuję 1rozdział :)
WOW!
Mam jednego obserwatrora!
Dziękuję!







piątek, 27 grudnia 2013

Prolog

Szatynka szła powoli uliczkami Buenos Aires. Była wściekła na ojca, że ją tu przywiózł, z jej kochanej wsi. Nienawidziła go za to,  że tydzień temu musieli się wynieść. Nie mogła mu patrzeć w oczy. Tak bardzo tęskniła za stadniną, przyjaciółmi.....
Zastanawiała się nad tym co zrobi, jak się tam przeprowadzi. Tak, jutro kończy 17 lat, i będzie już pełnoletnia. Miała oszczędności.
Na jej urodziny przyjadą jej przyjaciele z prowincji. Z niczego się tak nie
cieszyła , jak to że ich zobaczy! Leon,Fran,Fede, Cami ,Maxi, Diego, Tomas, Ludmiła, i z resztą cała paczka.
Buenos Aires zawsze źle jej się kojarzyło. Chodź by  za to, że to tu zdarzył się ten potworny wypadek. 13 lipca. Najgorszy dzień w jej życiu.
Jej mama jechała wraz z tatą i koniem, Monaco, na zawody.
Była wielka mgła. Tir wjechał na drogę. nie było odwrotu. Ojciec cudem przeżył...
Ale matka i Monaco nie...
Violetta szybko odgoniła złą myśl, i wróciła do domu.



Szatyn usiadł na ławce w boksie. Popatrzył na konia czystej krwi arabskiej.
Wiedział, że bardzo tęskni za Violettą, zresztą on też.
- Stary, nie łam się. Jutro się z nią widzę. - powiedział do konia.
- Tobie się coś dzieje? - usłyszał.
- Federico, to ty... - szatyn odwrócił się.
- Tęsknisz za Violettą ,co? - Federico pogłaskał Burzę, konia Violetty.
Koń prychnął.
- Powiedzmy, że to znaczy tak - Fede uśmiechnął się do Leona.
- A propo, nie miałeś jechać z Ludmiłą na przejażdżkę? - zapytał Leon zmieniając temat, ponieważ nie mógł znieść myśli że będzie musiał z nim jeździć na przejażdżki. Nie to, że nie lubił Federa , tylko zawsze jeździł z Vilu.
- Byliśmy rano. - odpowiedział krótko.
- Yhym. - odpowiedział Leon.







        ***


No i mamy prolog.
 Co o nim myślicie?


Elle <3